Powszechna znieczulica, obojętność moralna, to już chyba dobrze znany fakt społeczny. Wystarczy otworzyć pierwszą lepszą gazetę i obejrzeć wiadomości. Nie pamiętam już dnia, w którym nie dowiedziałabym się czegoś wstrząsającego, szokującego i godzącego w moją wiarę o człowieczym dobru. Choć wciąż i wszędzie otacza mnie moralna obojętność, ja nadal nie mogę się do tego przyzwyczaić. Wciąż mnie to zadziwia. Czy ludzkość doszła już do takiego etapu, gdzie nie da się inaczej? Gdzie już dzieciom wkłada się do głowy, że moralne postępowanie, uczciwe i godne życie, to przegrana szansa na “coś więcej” (materialne “coś więcej”)? Trudno jest uwierzyć, że w świecie, który sami tworzymy, jest jeszcze szansa na pokonanie zła. Bo najpierw należałoby zająć się złem w sobie. A chyba wszyscy wiemy jak trudno to zrobić. Jak trudno dostrzec w swojej duszy jakiś cień, plamę, zmazę. A jeszcze trudniej zmienić coś w sobie. Pomyśleć nie o sobie, ale o innych. Nie niszczyć, ale tworzyć.
Być może człowiek już tak jest zbudowany. A może po prostu do takiego stanu się doprowadziliśmy? To wszystko oczywiście zależy od tego, co przyjmiemy za podstawę ludzkiej egzystencji. Czy zostaliśmy stworzeni przez Boga w procesie creatio ex nihilo, czy też jesteśmy produktem ewolucji. Czy człowiek od początku taki był, czy jest zamkniętą, dokończoną konstrukcją, w której nic już nie ulega przekształceniu? Czy w ciągu wieków coś się w nas zmieniało, kształtowało? Osobiście wolę uważać, że człowiek gdzieś się zagubił na wielkiej scenie świata. Zapewne było to tak dawno temu, że nie sposób nawet dokładnie prześledzić ten proces (chociaż może kiedyś, gdzieś…). Nie mówię tu zresztą o jakiejkolwiek naukowej teorii, to jedynie moje subiektywne odczucia. Trudno mi sobie wyobrazić, że ludzie mogą być tak po prostu skazani na upadek moralny, cokolwiek się stanie. Czy to nie przeczy istnieniu wolnej woli? Skoro jest nam przeznaczone zło i upadek, to gdzie tu miejsce na wolną wolę? Skoro możemy albo założyć różowe okulary i nie patrzeć na to co się dzieje, albo cierpieć męki zdając sobie sprawę z tego, co się dzieje. Upadek jest nieunikniony i nieodzowny, to w którym momencie działa nasza wolna wola? Przeznaczenie i wolność wykluczają się wzajemnie. Wtedy cały świat i jakikolwiek porządek przestają mieć sens i znaczenie. Po co walczyć o dobro, po co walczyć o cokolwiek, skoro nie da się wygrać z naturą? Dla własnego dobra i w imię wyższych wartości nie można więc myśleć o człowieku skazanym na upadek. Ja nie potrafię tak myśleć. Być może tworzę sobie swoje własne iluzje, swoje własne okulary. Ale może to lepiej mieć iluzję, niż pozwolić, aby kompletny brak sensu wkradł się do życia?
Myślę, że większość ludzi nie zastanawia się nad tym dlaczego tak się dzieje. Zadają pytania “dlaczego”, ale nie szukają odpowiedzi. Zresztą – gdzie mają szukać odpowiedzi, gdy ich pytania odnoszą się przeważnie do sfery materialnej? Na powierzchowne pytania łatwo znaleźć powierzchowne odpowiedzi. I to ich satysfakcjonuje.
Ale z drugiej strony czasem sobie myślę, że to lepiej. Co by się stało, gdyby nagle wszyscy ludzie odkryli, że życie może być bardziej skomplikowane, niż im się wydawało? Obawiam się, że takie masowe odkrycie mogłoby być bardziej niebezpieczne, niż masowa ułuda.
A tak naprawdę – wszystko ma swoje dwie strony i nie sposób dokładnie przeanalizować danej sprawy nie skupiając się na jej wieloaspektowości. I to chyba jest jakiś promyk nadziei – nigdy nic nie jest tak jednoznaczne, jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka.
P.S.: Coraz bardziej zdaję sobie sprawę ze swojego relatywizmu i coraz bardziej mnie to przeraża. Podobno jestem bardzo zasadnicza, lecz gdy zaczynam rozważać jakiś problem do mojego myślenia zawsze zakrada się relatywizm. Z kolei moja zasadniczość kłóci się z wiarą, że świat nie może być tylko czarno-biały. A relatywizm zawsze kojarzył mi się negatywnie i zwykle prowadzi do tego, że ten ma rację, kto zakrzyczy innych lub bardziej wiarygodnie przedstawi swoją propozycję. Czyżby jednak świat naprawdę nie posiadał prawd i wartości obiektywnych? Nie podoba mi się moje własne, wewnętrzne rozbicie i ten pociąg do relatywizacji wszystkiego…
Tags: Pytania bez odpowiedzi, Relatywizm, Rozważania na temat człowieka, Teoria wartości
-
Długo nie dałem wpisu. Wynika to z tego, że chciałem dać duży komentarz do większości problemów poruszanych w tym wpisie. Zmieniam jednak zamysł i poruszę tylko część zagadnień. Na resztę też przyjdzie pora. Dziś tylko o dwu sprawach.
Pytanie o naturę człowieka
Pytanie tytułowe dotyczy “natury człowieka” Dla mnie pytania o naturę człowieka jest jednym z podstawowych (uniwersalnych) pytań. Czy człowiek jest z natury dobry czy zły? Jest to pytanie od którego warto zaczynać rozmyślania o człowieku. Od odpowiedzi na to pytanie zależą i kreują się różne tory myślenia. Przyjecie określonej koncepcji natury człowieka determinuje w pewien sposób nasze inne poglądy.
Natura człowieka jest wg mnie nieskończenie złożona. Jej częścią składową są zarówno pierwiastki dobra jak i zła. Mało tego wydaje mi się, że niektóre działania skutkują jednocześnie dobrem i złem. Tak, że trudno czasami jednoznacznie oceniać jakieś działania. W niektórych sytuacjach człowiek nie ma wyjścia i musi wybierać między jednym złem a drugim złem.
Relatywizm
Ja osobiście nie mam negatywnego stosunku do relatywizmu. W swoich przemyśleniach często dostrzegam niezgodności i paradoksy. Zdecydowanie pozytywną stroną relatywizmu jest możliwość obejrzenia problemu z różnych stron. Odkrycie absolutnie obiektywnych prawd uważam za niemożliwe, ale próbować zawsze można. Sama próba dotarcia do takich prawd wydaje się fascynująca i rozwijająca.
To tyle na razie.
Pozdrawiam Adr
-
Natura człowieka.
Zgadzam się w pełni, że ludzka natura jest nieskończenie złożona. Ale na to złożenie składa się cała kultura, wychowanie, wyznanie, warunki społeczne – jednym zdaniem na swoje zachowanie człowiek pracuje całe życie. Nie sposób jednoznacznie określić nawet jednego czynu, który popełnił, bo musielibyśmy znać wszystkie jego myśli, przesłanki, skutki itd. itp.
Ale czysto teoretyzując: jak to jest z naturą człowieka zaraz po narodzinach? Można się nad tym zastanawiać w kilku aspektach. Chyba najbardziej neutralnym podejściem (i takim, który również i mnie odpowiada, gdyby nie kilka szczegółów), jest koncepcja “czystej karty”. Człowiek po narodzeniu jest zupełnie czysty, neutralny. Dopiero z biegiem czasu, przyswajając sobie informacje i bodźce odbierane z otoczenia, kształtuje się w nim określona natura.
Teoretycznie ładnie to brzmi i wygląda prawdziwie. Ale przecież człowiek po urodzeniu nie jest tak zupełnie czysty. Jego dalszy rozwój już w tym momencie warunkują geny, które odziedziczył po rodzicach. Mało tego – istnieją teorie (nawet chyba potwierdzone), że dziecko uczy się już w łonie matki, docierają do niego wszystkie informacje, a na dodatek poprzez połączenie z matką, odbiera wszystkie jej bodźce, uczucia, emocje itd. Zatem noworodek nie jest niezapisaną kartą. Ma w sobie już setki informacji, które kształtują jego charakter.Zatem w którym miejscu możemy mówić o neutralności ludzkiej natury? Gdyby się w to zagłębić, musielibyśmy dojść do bardzo spornego momentu określenia w którym momencie możemy mówić już o człowieku. Jednym słowem – nie da się określić czy istnieje taki moment, w którym płód czy zarodek może być określany, jako czysta potencja.
Więc koncepcję “niezapisanej karty” chyba mamy z głowy.
Podobnie możemy rozpatrywać kwestię tego, że człowiek rodzi się z natury dobry/zły (zależnie od koncepcji). Znowu można poruszyć tutaj kwestię genów i informacji zakodowanych. Ale tutaj szczególnie interesuje mnie jedna kwestia – założenie religijne, że człowiek rodzi się z grzechem pierworodnym. Czyli założenie pierwotnego zbrukania człowieka, a więc i jego natury.
Na tym chwilowo zakończę swoje rozważania. O relatywizmie i dalszych przemyśleniach na temat natury ludzkiej, w kolejnych komentarzach.

2 komentarzy
Kanał RSS dla tego artykułu
Trackback link: http://thaumadzein.info/wp-trackback.php?p=5